Prawicowi celebryci i zakon „świętych Jerzyków”

Do prawicowych celebrytów: nie próbujcie więcej odgrywać Bóg wie kogo, bo kończy się to żenadą i potem tylko ludzie się z was śmieją.

I. „Święci Jerzykowie”

Znana i ceniona blogerka elig opublikowała ciekawy wpis „Pokorni czytelnicy i niepokorni autorzy” w którym odniosła się do głosów krytyki pod adresem publicystów, którzy wrócili do publikowania w hajdarowiczowskiej „Rzeczpospolitej”. Elig uświadamia nam, że dziennikarze to nie są jacyś herosi w typie św. Jerzego – pogromcy smoka – tylko ich rola jest zgoła odmienna: rzetelne informowanie czytelników, docieranie do nich z faktami tudzież opiniami i z tego punktu widzenia, powrót kilku prawicowych celebrytów na łamy „Plus Minus” (które z kolei stanowi autonomiczny quasi-tygodnik w ramach „Rzepy”) jest dla czytelników korzystne.

I wszystko zgoda, wszystko racja, gdyby nie ten drobny szczegół, że sami ci publicyści od dłuższego czasu kreowali się ni mniej ni więcej, tylko właśnie na takich „świętych Jerzych” i rycerzy w lśniących zbrojach. To oni ometkowali się „brandem” „autorów niepokornych” i wyszli poza tradycyjną, dziennikarską rolę, pretendując do roli bojowników o wolność słowa, działaczy społecznych walczących o równouprawnienie w przestrzeni publicznej pozamainstreamowego przekazu, liderów „drugiego obiegu” i tak dalej. Szczytem tego „opozycyjnego wzmożenia” było odejście z „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” po pacyfikacji obu tytułów przez Grzegorza Hajdarowicza, spuentowane gromkim zapewnieniem Rafała Ziemkiewicza, że „nigdy z Hajdarowiczem nie będzie w aliansach”.

No cóż, już wtedy, w tekście „Słupy układu”, generalnie chwaląc pryncypialną postawę załogi „Uważaka”, wyraziłem nieśmiałą obawę: Miejmy tylko nadzieję, że nie zaczną się łamać pod wpływem brutalnej rzeczywistości i nie zaczną się ciche powroty, bo wtedy heroizm zamieniłby się w farsę – ku uciesze reszty zblatowanych z władzą mediodajni.” I niestety, farsa się odegrała – wprawdzie powrót nastąpił nie do „URz”, tylko do „Rzepy”, ale różnica to de facto żadna – Hajdarowicz jest ten sam.

Zwróćmy uwagę – gdyby ci panowie nie sadzili się tak ostro, nie wchodzili w buty jakiejś niby-politycznej opozycji, tylko po prostu wykonywali swą dziennikarsko-publicystyczną robotę, to nikt by się ich nie czepiał, że publikują tu czy tam, nikt by im nie zaglądał do kieszeni w poszukiwaniu hajdarowiczowskich srebrników. Tak jak nikt nie czepia się prof. Andrzeja Nowaka, że udzielił wywiadu dla „Plusa Minusa”. Nie dlatego, że nikt nie śmie, tylko dlatego, że prof. Nowak nie odstawiał cyrku z trzaskaniem drzwiami.

Tymczasem, „nasi” prawicowi celebryci taki cyrk odstawili i to z przytupem, a teraz dziwią się, że ktoś ICH – „autorów niepokornych” – trzyma za słowo. No, niewyobrażalne. Rycerze zakonu „Świętych Jerzyków” są zaskoczeni, zniesmaczeni i w ogóle nie rozumieją o co chodzi…

II. Brand „niepokornych”

Wróćmy jeszcze na chwilę do „brandu” „niepokornych”. Handlowego terminu „brand” używam nie bez przyczyny. Otóż, z perspektywy czasu uważam, że ową „niepokorność” potraktowali oni jako jako markę, znak handlowy, pozwalający na sprzedaż ometkowanych tymże znakiem towarów. O rynkowej sile tej marki świadczy fakt, że Jacek Karnowski zapowiedział proces przeciw obecnemu „URz” o podtytuł „tygodnik autorów niepokornych”. Prawicowa gawiedź miała zapełniać salę w „Klubie Ronina”, cieszyć się z dowcipasów Warzechy, kupować ich tytuły prasowe, książki, klikać w „niepokorne” portale… a oni mieli odgrywać rolę intelektualnych „liderów opinii”, łaskawie pozwalających się okadzać. I chyba autentycznie sądzili, że uda się im zaczarować odbiorców na tyle, że ci przełkną każde ich dziwne manewry. A tu zaskoczenie: jednak nie przełknęli.

Doprawdy, trudno nie przyznać tu racji Toyahowi, czy Coryllusowi, którzy ten szwindel rozgryźli już dawno temu, za co zbierają notoryczne cięgi od rozindyczonych komentatorów, za „rozbijanie prawicy” i „atakowanie naszych”. Do mnie, przyznam się, świadomość ta docierała dość opornie, może instynktownie broniłem się przed rzeczywistością. Niemniej, od ponad roku pogłębiała się we mnie nieufność wobec gwiazd prawicowej sceny publicystycznej. Po raz pierwszy dałem temu wyraz w notce ze stycznia 2012 roku „Spór o drugi obieg z blogerskiego punktu widzenia”, w której zaprotestowałem gwałtownie przeciw różnym uroszczeniom prawicowych „liderów opinii”, kreujących się na drugoobiegowych guru. Przyleźli, cholera, na gotowe i z miejsca ustawiają się na czele.

Przepraszam za poniższe autocytaty, ale obawiam się, że części Czytelników nie będzie się chciało klikać w archiwalne teksty, więc pozwolę sobie przytoczyć niektóre fragmenty:

„Co, myśleliście, że sami przyszli, bo się w nas nagle zakochali? A skoro zostali już wyrzuceni na margines, to zaczęli się rozglądać i kombinować (nawyk zawodowy), jakby tu sobie urządzić odskocznię do powrotu gdy karta się odwróci i zagospodarować publikę. Łatwo im idzie, bo w sumie przyszli na gotowe, grunt przygotował kto inny.” (...)

„Teraz zmuszeni są od czasu do czasu poocierać się o nas, a nawet wydusić okazjonalnie kilka zdawkowych słów pochwały i pokokietować, bo przecież ktoś musi oglądać te filmy, kupić „Uważam Rze”, zapełnić salę na spotkaniu, nagłośnić w sieci jakąś inicjatywę, czy kliknąć na portal braci Karnowszczaków, ale nie łudźmy się. Dla spadochroniarzy z głównego nurtu stanowimy mierzwę, niczym – uczciwszy proporcje – „Solidarność” dla KOR-owskich „doradców”.

(…) „zawodowi publicyści sprawiają wrażenie, że w ich świadomości drugi obieg się narodził dopiero wówczas, gdy parę osób z ich grona zostało do tego drugiego obiegu wyrzuconych. Tak to zgrabnie filtrują rzeczywistość przez pryzmat swej branży. No ludzie…”

Kolejnym etapem, skoro już pod wpływem elig wszedłem w osobistą retrospektywę, było rozczarowanie zamilczaniem przez „zawodowców” blogosfery – i to mimo Kongresu Mediów Niezależnych – czemu dałem wyraz w tekście „Dwa światy” z czerwca 2012.

"Minimum wzajemności w relacjach – tego należy bezwzględnie wymagać od światka „naszych” żurnalistów, jeśli faktycznie ciągniemy w tym samym kierunku.

Na razie jednak sytuacja przedstawia się tak, jakby trwała jakaś podskórna batalia o monopolizację „niezależnego” przekazu – i to bynajmniej nie ze strony blogosfery. Przeciwnie, to raczej w odniesieniu do profesjonalnych dziennikarzy i tworzonych przez nich mediów można mieć wrażenie, iż programowo ignorując blogosferę dążą, by za wszelką cenę wypchnąć ją z szerszej świadomości, zanim jeszcze się na dobre w niej zagnieździła. Robią miejsce dla siebie: jedynych uprawnionych przedstawicieli – ust, piór, kamer i mikrofonów – „wolnego słowa”, tudzież „opcji niepodległościowej”. Trafili do „drugiego obiegu” wyrzuceni z głównonurtowych mediodajni, przychodząc niejako „na gotowe”, gdyż podglebie stworzyła przed nimi właśnie blogosfera – i zawłaszczają przekaz, bezwzględnie grając na siebie.”

Ostatecznie wyzbyłem się złudzeń przy okazji sprawy Grzegorza Brauna i parszywego zachowania „prawicowych celebrytów”, którzy nagle uznali za koniczne odcinać się na wyprzódki od „ekstremizmów” – pod wpływem absurdalnej nagonki rozpętanej przez „Wyborczą” dwa i pół miesiąca po słynnym dziś spotkaniu w „Klubie Ronina”. Najwyraźniej doszli do wniosku, że tacy nieobliczalni wariaci jak Grzegorz Braun, który zawsze mówi to co myśli, szkodzi ich pieczołowicie cyzelowanemu „brandowi” „autorów niepokornych”.

Potem jeszcze dowiedziałem się, że żaden z tych gwiazdorów nie zainteresował się losem trzech młodych ludzi bezpodstawnie przetrzymywanych w areszcie na Białołęce od czasu Marszu Niepodległości – mimo że ich znajomi alarmowali o tym wszelkie możliwe „nasze” media. Pewnie nie mieli czasu, by się przejechać na tę Białołękę, bo byli zajęci pielęgnowaniem własnej niepokorności.

III. Wyjście z sytuacji

I już krótko na sam koniec. Czy widzę dla „naszych” celebrytów wyjście z arcygłupiej sytuacji w którą sami się wpędzili? Owszem. Niech powiedzą jasno i wyraźnie: jesteśmy dziennikarzami, zarabiamy pisaniem na życie i będziemy publikować wszędzie tam, gdzie nam zapłacą i zanadto nie ocenzurują, starając się dotrzeć do maksymalnej liczby odbiorców. To będzie jasne i uczciwe postawienie sprawy, tym bardziej, że często faktycznie mają coś ciekawego do powiedzenia. Sądzę, że wielu odbiorców produkowanych przez nich treści naprawdę potrafi oddzielić to co oni piszą od całej reszty.

Tylko niech nie próbują więcej odgrywać Bóg wie kogo, bo kończy się to żenadą i potem tylko ludzie się z nich śmieją.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Jeśli chodzi o tę część tekstu elig w której porusza kwestię blogosfery – nie odniosłem się, bo o swoim spojrzeniu na tę tematykę niedawno pisałem w tekście: http://niepoprawni.pl/blog/287/blogosfera-swiatlo-odbite

Średnia ocena
(głosy: 1)

komentarze

Panie Gadający Grzybie!

Przecież to można było przewidzieć i Pan to wyartykułował, jako zalecenie czego nie należy robić. Szkoda ich.

Pozdrawiam

Myślenie nie boli! (Chyba, że…)


Subskrybuj zawartość