Dywidenda obywatelska

Dochód gwarantowany przestaje być fanaberią, a staje się istotnym elementem łagodzenia patologii, uzupełniając chociażby niski udział płac w PKB.

Doch__d_gwarantowany.jpeg

I. „500+” dla dorosłych

Po sukcesie programu „Rodzina 500+” (a że jest to sukces i to wielopłaszczyznowy, przekonujemy się już teraz, pisałem o tym tydzień temu w tekście „Pińćset!”), rząd Beaty Szydło zapowiada program kolejny – „Mieszkanie ”, co wydaje się logiczną kontynuacją, bo wszak te „rodziny 500” muszą gdzieś mieszkać, a że komercyjny rynek nieruchomości dalece nie zaspokaja potrzeb Polaków, widać po ćwierćwieczu naszej sławetnej „transformacji” aż nadto wyraźnie. Skoro tak, to moim zdaniem warto pójść o krok dalej i rozważyć możliwość wprowadzenia tzw. dochodu podstawowego (występującego też pod innymi nazwami – np. dochód gwarantowany). Idea ta, forsowana dziś przez lewicowych ekonomistów, zakłada przyznanie każdemu dorosłemu obywatelowi, bez względu na wiek, poziom materialny, zatrudnienie itd. comiesięcznej kwoty pieniędzy – czyli takie „500+” dla dorosłych. Powody są wielorakie – „prekaryzacja” rynku pracy i związana z nią niepewność jutra (jeden z podstawowych czynników wpływających na odkładanie decyzji o założeniu rodziny), postępująca robotyzacja miejsc pracy, narastające rozwarstwienie społeczne, zjawisko „working poor” (czyli „pracująca biedota” – ludzie, których mimo podjęcia pracy nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych) – długo by wymieniać.

Wbrew liberalnej dogmatyce, bogactwo jakoś niekoniecznie stosuje się do prawa grawitacji i wcale nie ścieka w dół wraz ze wzrostem PKB – tego fetyszu współczesnej ekonomii. O wiele bardziej miarodajnym wskaźnikiem, pokazującym, czy zwykli obywatele czerpią z rozwoju gospodarczego korzyści, czy też jego owoce są przechwytywane i konsumowane przez „nie-wiadomo-kogo”, jest udział płac w PKB – czyli na ile wynagrodzenia partycypują w ogólnym rozwoju. A tak się składa, że udział płac w PKB systematycznie na całym świecie spada, przy czym w Polsce należy on do najniższych w Europie (47% przy unijnej średniej 56%) i wciąż się obniża (w latach 1995-2014 spadł o 10,8 pkt. proc.). Elementem powyższego jest to, że wzrost płac pozostaje daleko w tyle za wzrostem produktywności polskich pracowników. Na dodatek Polska wbrew propagandzie narzekających na rzekomo zbyt rozdęty „socjal” jest krajem bardzo niskich transferów socjalnych (wedle Eurostatu średnia unijna za 2011 – 29,1% PKB, Polska – 19,2% PKB, przy czym lwią część – 58,1% pożerają renty i emerytury, procentowo jesteśmy tu na 2 miejscu, za Włochami). Innymi słowy – pozostajemy Bangladeszem Europy.

W kontekście powyższego, dochód gwarantowany przestaje być fanaberią, a staje się istotnym elementem łagodzenia zarysowanych tu patologii, uzupełniając chociażby niski udział płac w PKB. Poza doraźnym efektem odczuwalnym w kieszeni obywateli, skutkować będzie również tak pożądaną presją na wzrost wynagrodzeń – jak już można to zaobserwować w przypadku programu „500+”.

II. Dywidenda a nie „socjal”

Na początek należy koncepcję dochodu podstawowego „odczarować”, czyli wyjąć ją z rąk lewicy, która na razie dzierży tu monopol – analogicznie, jak PiS pozbawił lewicę monopolu na wrażliwość społeczną. Jeśli spojrzymy na państwo jak na spółkę akcyjną, to każdy dorosły obywatel jest tu równorzędnym akcjonariuszem – niezależnie od społecznego i materialnego statusu – wszyscy bowiem mamy w ręku identyczne dowody osobiste i kartki wyborcze. Zatem, pozostając konsekwentnym, należy nam się od tego interesu dywidenda. I właśnie taką nazwę – „dywidenda obywatelska” – proponuję. Nie żaden „zasiłek”, „socjal”, „zapomoga” (czyli coś otrzymywanego „z łaski”), a właśnie dywidenda – czyli coś, co każdemu słusznie się należy, jako partycypantowi wspólnego dobra, jakim jest państwo.

Zwróćmy uwagę, że owa „dywidenda” już w jakiejś mierze funkcjonuje, tyle, że albo wybiórczo (500 zł na drugie i każde kolejne dziecko), albo w zawoalowanej formie (kwota wolna od podatku – jednak nie każdy korzysta z niej w równym stopniu). Do tego, transfery socjalne – i tak niskie – są wydawane w sposób skrajnie nieefektywny, nie likwidując obszarów biedy i generując przy okazji wysokie koszta obsługi. Są m.in. bardzo rozproszone, przyznawane według niejednolitych kryteriów, rozbite między administrację państwową i samorządową, do czego dochodzą odrębne przywileje resortowe i branżowe w przedsiębiorstwach państwowych. Dlatego też dywidendę obywatelską należy wprowadzić zamiast dotychczasowego systemu pomocy społecznej. Ma to podstawowy atut – prostotę i radykalną redukcję „socjalnej” administracji. To bardzo ważne, jeśli chcemy odebrać dochód gwarantowany lewicy – ta bowiem pragnie wdrożyć swój pomysł równolegle z dotychczasowym „socjalem”, drastycznie podnosząc podatki i mordując gospodarkę. Dla lewicy „dochód podstawowy” jest po prostu kolejnym narzędziem zniszczenia znienawidzonego kapitalizmu. My zaś podatków podnosić nie chcemy.

III. Matematyka obywatelska

Teraz proszę o chwilę skupienia, będzie bowiem trochę matematyki i to na dużych liczbach – niestety, nie da się tego uniknąć. Załóżmy, że naszym punktem docelowym jest zapewnienie każdemu dorosłemu Polakowi 500 zł miesięcznie. W 2014 r. wg GUS mieliśmy 31.534.000 obywateli w wieku 18+. Daje to 15 mld 767 mln zł miesięcznie, czyli 189 mld 204 mln zł rocznie. Skąd to wziąć? Sięgnijmy do sporządzonej przez Fundację Republikańską na podstawie danych rządowych i GUS „Mapy wydatków państwa 2014”. Informuje nas ona, iż wydatki na pomoc społeczną wyniosły 42 mld 673 mln zł, do tego pensje odnośnego aparatu urzędniczego – 2 mld 11 mln 420 tys. zł. W sumie – 44.684.420.000 zł. Jeśli podzielić to na 31.534.000 dorosłych Polaków, otrzymamy 1.417,02 zł/rok, czyli 118,09 zł miesięcznie. Mało.

Jak widać, nie da się niestety (albo może właśnie „stety”) osiągnąć założonej dywidendy obywatelskiej bez gruntownej reformy systemu emerytalnego – bo, jak wspomniałem, podatków podnosić nie chcemy. Owszem, rząd mógłby zrobić generalny przegląd resortów i doraźnie ściąć różne zbędne koszty, ale to mimo wszystko byłaby łatanina. Przyjrzyjmy się zatem systemowi emerytalno-rentowemu.

Na emerytury i renty państwo wydaje 230 mld 968 mln zł rocznie. Do tego koszta obsługi (ZUS, KRUS itd.) – 2 mld. 400 mln 430 tys zł. W sumie – 233.368.430.000 zł. Podzielmy to na 7.304.000 osób w wieku „poprodukcyjnym” i otrzymamy średnio 31.950,77 zł/osobę rocznie, czyli 2.662,56 miesięcznie. Nie ma siły, musimy wprowadzić własną wersję systemu kanadyjskiego – czyli, każdy emeryt/rencista dostaje od państwa pewne minimum, na resztę zaś musi odłożyć w ciągu lat pracy w indywidualnym programie emerytalnym. To wymusza niestety stopniowość odchodzenia od obecnego systemu – nie można zabrać tego, co się obecnym emerytom należy. Przyjmijmy jednak, że przyszły emeryt będzie otrzymywał bezpośrednio z budżetu państwa obecną pensję minimalną „na rękę” – czyli w zaokrągleniu 1300 zł. Da to łącznie 113 mld 942 mln 400 tys zł rocznie – czyli „oszczędzamy” na łącznych wydatkach emerytalnych (przypomnę, obecnie – 233.368.430.000 zł) 119 mld 426 mln 030 tys zł.

Dodajmy owo 119.426.030.000 zł do 44.684.420.000 zł wydatków na „socjal” – łącznie będzie to 164 mld 110 mln 450 tys zł. Podzielmy przez 31.534.000 dorosłych obywateli i otrzymamy 5.204,24 /rok, czyli 433,69zł /mies. Jesteśmy blisko celu.

Idźmy dalej – szacunkowo dziura w ściągalności VAT (53 mld) i CIT (46 mld) to w sumie 99 mld zł rocznie. Załóżmy, że obie luki da się ograniczyć łącznie o 40%. Otrzymamy wtedy 39 mld 600 mln zł – czyli 118,09 zł na każdą dorosłą osobę miesięcznie. Dodajmy do „zaoszczędzonych” na emeryturach i socjalu 433,69 /mies i wyjdzie 551, 78 zł comiesięcznej „dywidendy obywatelskiej”. Jesteśmy w domu.

IV. Odzyskane państwo

Jak widać, przy okazji dokonaliśmy na papierze gruntownej reformy wydatków publicznych, co samo w sobie jest wartością :). A jak będą sobie radzić „ograbieni” przez nas emeryci? Nie najgorzej – emeryt/rencista dostawałby 1300 „emerytury kanadyjskiej” + 551, 78 zł dywidendy obywatelskiej – czyli 1851, 78 zł (oczywiście, byłoby to zwolnione z podatku PIT, bo nie ma sensu przekładać z jednej kieszeni do drugiej – generuje to tylko zbędne koszta na obsługę skarbową). Plus to, co odłoży indywidualnie w swym funduszu emerytalnym przez lata pracy.

No i pytanie: czy w ogóle warto? Warto. Zaproponowana koncepcja radykalnie uprości obecny niewydolny i kosztowny system świadczeń społecznych. ZUS-owsko – KRUS-owski moloch odejdzie w niebyt, bo na dobrą sprawę rozdział środków może się tu odbywać automatycznie, przez odpowiedni system informatyczny przekazujący środki na zarejestrowane w nim konta bankowe beneficjentów – niemal bez udziału czynnika ludzkiego. Pieniądze trafią do ludzi, którzy wprowadzą je do obrotu, od czego państwo ściągnie podatki. Przyjmijmy dla uproszczenia 23% VAT od łącznej sumy 203.710.450.000 przeznaczanej rocznie na „dywidendy obywatelskie”. Wyjdzie nam VAT w wysokości 46.853.403.500 zł – tyle wróci do budżetu państwa.

Podkreślmy, że państwo i tak dziś te pieniądze wydaje (albo traci w przypadku „dziur” podatkowych) – tyle, że czyni to nieefektywnie i marnotrawnie. Przedstawione rozwiązanie zaś nie wprowadza żadnych nowych kosztów, podatków itp. – racjonalizuje jedynie znaczący segment budżetowego „kotła” i to w sposób prorozwojowy, dając gospodarce potencjalny impuls stymulujący. Weźmy rodzinę z trójką dzieci – otrzyma ona 1000 zł „na dzieci” z programu 500+, do tego ok. 1100 zł „dla rodziców” z programu dywidendy obywatelskiej – łącznie będzie zatem miała co miesiąc 2100 zł nieopodatkowanego PIT-em dochodu ekstra! To rewolucja.

Kto straci? Ci, którzy nauczyli się żerować na obecnym systemie opieki społecznej – a są tacy, co wyciągają miesięcznie o wiele więcej, niż wynosiłaby dywidenda obywatelska. Dla nich wprowadzenie proponowanego rozwiązania stanie się bodźcem do efektywnego szukania pracy. Dla uczciwych natomiast ten „dorosły” wariant „500+” stanie się tym, czym już dziś dla milionów polskich rodzin stał się program „Rodzina 500+” – zapewni minimum elementarnego komfortu materialnego i poczucie współudziału w państwie – przestanie się ono jawić jako opresyjna machina, którą trzeba kiedy tylko się da oszukiwać, by jakoś „odebrać swoje” – tak jak niegdyś parobek okradał dziedzica na miarkę zboża, czy niewolnik pana. Kto wie, czy likwidacja owej feudalnej patologii ukształtowanej na linii państwo-obywatel i odbudowa kapitału społecznego zaufania nie będzie bodaj najcenniejszym długofalowym efektem wprowadzenia „obywatelskiej dywidendy”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Pińćset!”

„Dochód gwarantowany – nie tylko dla bogatych?”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ———->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 25 (22-28.06.2016)

Średnia ocena
(głosy: 1)

komentarze

Panie Piotrze!

Wprawdzie wolę zlikwidować PIT, za te pieniądze, co je Pan znalazł, ale i tak bardzo mi się Pański tekst podoba. :)

Pozdrawiam

Myślenie nie boli! (Chyba, że…)


Subskrybuj zawartość