...i po Knesecie

Zastanawiam się, czy okoliczności towarzyszące wizycie izraelskiej delegacji w Auschwitz nauczą czegoś naszych „dialogistów”.

From_tfe_Depths_logo.png

I. Pożyteczni „dialogiści”

Kneset, Kneset… i po Knesecie – chciałoby się powiedzieć, komentując wizytę izraelskich parlamentarzystów w Auschwitz 27 stycznia 2014 roku. Wbrew nadziejom pożytecznych „dialogistów” nie podpisano wspólnej deklaracji w której znalazłoby się wezwanie do zaprzestania używania przez media oszczerczej zbitki „polskie obozy zagłady”, co przedstawiano nam jako cukierek w zamian za który mielibyśmy przymknąć oko na obrady izraelskiego parlamentu w de facto eksterytorialnych warunkach, z obstawą własnych formacji zbrojnych. Do sesji Knesetu wprawdzie nie doszło, choć wszystko wskazuje na to, że takie właśnie były pierwotne plany – o czym donosiły media w październiku 2013. Portal jewish.org.pl pisał: „Kneset chce zorganizować największą zagraniczną sesję w historii”, natomiast „Dziennik” jeszcze w przeddzień wizyty uraczył nas nagłówkiem „Izraelski parlament przyjeżdża do Polski na uroczyste obrady”. Widać, że do ostatniej chwili nie było jasności co do charakteru obchodów.

Mniejsza jednak o zamieszanie protokolarno-semantyczne, bowiem to co wprawia w autentyczne zażenowanie, to gotowość naszych „dialogistów” do zaakceptowania sesji obcego parlamentu na polskim terytorium, oznaczające w swej istocie czasowe wyłączenie fragmentu kraju spod polskiej jurysdykcji na warunkach analogicznych do statusu jakim cieszą się np. ambasady. Na portalu „Frondy” mieliśmy do czynienia z prawdziwym festiwalem tego typu deklaracji, poczynając od samego naczelnego portalu Tomasza Terlikowskiego, poprzez ks. Roberta Skrzypczaka, po redaktora naczelnego „Nowej Konfederacji” Bartłomieja Radziejewskiego, oświadczającego iż „posiedzenie Knesetu w Krakowie to dla Polski dobre wydarzenie” i rojącego o nawiązaniu do przedrozbiorowego „Sejmu Czterech Ziem”. Warto sobie zapamiętać te głosy, albowiem mówią one wiele o mentalności osób, którym „dialog” pomylił się z usłużną gorliwością wobec „starszych i mądrzejszych”. Ta lekceważąca niefrasobliwość z jaką potraktowali rację stanu, lub też (w wariancie przychylnym) błędne tejże racji odczytanie pokazuje, że postkolonialna mentalność nie jest obca również tym, którzy jej przejawy widzą przy wielu innych okazjach – zmienia się jedynie patron, któremu gotowi są służyć.

II. Nici z cukierka

Zresztą, z ponoć przyobiecanego nam cukierka nic nie wyszło, gdyż do podpisania wspólnej deklaracji potępiającej określenie „polskie obozy zagłady” nie doszło – pretekstem było odwołanie (z powodu śmierci żony) przyjazdu przewodniczącego Knesetu Yuli Edelsteina. I tu pojawia się pytanie, czy aby nie mieliśmy do czynienia z daleko posuniętym „chciejstwem” strony polskiej - zważmy, iż ze strony żydowskiej próżno było dopatrywać się tego rodzaju wypowiedzi. Edelstein mówił jedynie o działaniach, „które należy podjąć, by nic podobnego nie wydarzyło się w przyszłości w żadnym miejscu na świecie, szczególnie w odniesieniu do Żydów”, oraz o antysemityzmie, który „zwłaszcza w Europie, osiągnął poziom niespotykany od czasów Holokaustu” – czyli standard. Przypuszczam, że tragedia losowa będąca przyczyną odwołania wizyty wybawiła izraelską delegację z kłopotu jakim były dla niej oczekiwania strony polskiej, nic bowiem nie stało na przeszkodzie by ową deklarację podpisano w innym składzie sygnatariuszy – choćby przez obecnych w Auschwitz naczelnych (aszkenazyjskiego i sefardyjskiego) rabinów Izraela.

Oświadczenie byłoby dla delegacji żydowskiej nielichym problemem, kładłoby się bowiem w poprzek zarówno polityce historycznej Niemiec (obecnie głównego partnera Izraela w Europie), jak i interesom środowisk żydowskich, które na „polskim antysemityzmie” i „współudziale w holocauście” opierają propagandowo swe roszczenia majątkowe – od pewnego czasu z oficjalnym już zaangażowaniem się izraelskiego rządu w ramach projektu HEART. Tezę o polskim „chciejstwie” może potwierdzać informacja, iż treść stosownego fragmentu oświadczenia została uzgodniona jedynie pomiędzy… kancelarią Sejmu a sejmową komisją spraw zagranicznych (projektodawcą było PiS). Ani słowa o uzgodnieniach ze stroną izraelską. Fragment ów miał brzmieć: „Parlamentarzyści polscy i izraelscy sprzeciwiają się używaniu w domenie publicznej fałszywych sformułowań o polskich obozach śmierci i polskich obozach koncentracyjnych”.

III. Monopolizacja Auschwitz

Sama uroczystość przebiegła w duchu typowej izraelskiej propagandy historycznej, mającej na celu swoistą „monopolizację holocaustu”. Mimo międzynarodowego składu sesji międzyparlamentarnej (delegaci z 20 krajów), nie padło bodaj ani jedno słowo o nie-żydowskich ofiarach Auschwitz, w tym o pomordowanych tam Polakach – i tu już nie ma wytłumaczenia, że na przeszkodzie stanęła nieobecność Yuli Edelsteina. Świat ma zapomnieć, lub wręcz nigdy się nie dowiedzieć, że w Auschwitz ginął ktokolwiek poza Żydami – taki „mesydż” płynie z obchodów. Inaczej może międzynarodowa opinia publiczna doszła by do niewygodnego wniosku, że „sakralizacja” holocaustu nie ma aż tak mocnego uzasadnienia, co mogłoby ją uodpornić na moralny szantaż będący podstawą wymuszeń rozbójniczych „holocaust industry”.

Co ciekawe, wyjątkowo przytomny głos opublikował na swym blogu Jan Hartman w tekście „Do przyjaciół Żydów”. Warto przytoczyć kilka fragmentów: „Czym my dziś jesteśmy dla Was? Otoczeniem obozów? Nudną niwą, zamieszkałą przez niegodnych uwagi kmieciów? Mało interesującym krajem we wschodniej Europie?”; „Zdobądźcie się na przemyślenie swojego stosunku do Polaków i Polski, własnych uprzedzeń i własnej urazem i urazą podszytej obojętności. Powiedzcie, że trzeba sprzeciwić się zarówno antysemityzmowi, który wciąż jeszcze, w różnych, często podstępnych i przewrotnych formach truje polskie dusze, jak i antylechityzmowi Żydów, wyrażającym się w nader stronniczym oglądzie historii naszych relacji, w przesądach i niemądrych kliszach, a przede wszystkim w tej zakłamanej obojętności, wyrażającej się w mówieniu, bez żadnego zażenowania, że „u nas nie ma problemu z niechęcią do Polaków”.”

Zwrócę jeszcze uwagę na reakcję Władysława Bartoszewskiego, który pytany przez portal wPolityce.pl w groteskowym stylu skomentował obchody Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu: „Tę wizytę organizował Sejm, a nie ja. Premier jej nie organizował, ani MSZ. Czyli do rozmowy jest wyłącznie biuro prasowe Sejmu oraz kierownictwo Sejmu, ci, którzy organizują i prowadzą. Ja nie byłem ani o to pytany, ani nie organizowałem”, po czym odłożył słuchawkę. No cóż, moim skromnym zdaniem wypada tylko się cieszyć, iż tzw. „profesor” nie maczał palców w wizycie, bo pamiętam, że gdy przewodził w 2009 roku polskiej delegacji na praskiej konferencji „Mienie ery Holocaustu”, to efektem była deklaracja z Teresina, która wraz z „dodatkowymi zaleceniami” (np. by przy tzw. „restytucji mienia” stosować „alternatywne formy dowodów własności”) stanowiła programową podwalinę dla powołania w 2011 roku organizacji HEART.

IV. Jonny From the Depths

Na zakończenie słów parę o panu Jonnym Danielsie, szefie fundacji „From the Depths”, będącej organizatorem izraelskiej wizyty (szerzej pisałem o tym w notce „Knesset From the Depths”), który przy tej okazji zaliczył mini-tournee po mediodajniach. Mimo, iż Daniels jest profesjonalnym piarowcem funkcjonującym na styku izraelskich sił zbrojnych, rządu i biznesu, to w wywiadach zaskakująco plącze się w zeznaniach.

Przykładowo, w Radiu Kraków mówił, że przekonanie Knesetu do wizyty zajęło mu… 10 lat. Zastanawiające, bowiem Daniels ma lat 27, wynikałoby zatem, że zaczął „przekonywać Kneset” już jako 17-latek. Z kolei w wywiadzie dla Onetu twierdził, że na pomysł wpadł sześć miesięcy temu w Krakowie na Festiwalu Kultury Żydowskiej. W tymże wywiadzie nazywa doniesienia o wyjazdowej sesji Knesetu „nieporozumieniem” i dodaje: „Knesset nigdy nie planował odbyć sesji parlamentu w Polsce”. To ostatnie jest ciekawe, jeśli skonfrontować z doniesieniem izraelskiego serwisu ynetnews.com z 29.09.2013, gdzie stoi jak byk, że pierwotnie sesja miała jak najbardziej się odbyć („Knesset to hold session in Auschwitz”), a sam Jonny Daniels jeszcze 17 października 2013 w rozmowie z PAP mówił: Po przyszłorocznych obchodach Międzynarodowego Dnia Pamięci o ofiarach Holokaustu w Auschwitz, w Krakowie odbędzie się specjalna sesja Knesetu (...) Będzie to wydarzenie bez precedensu – największe zagraniczne posiedzenie izraelskiego parlamentu.”. Czyli sesja miała się odbyć, tyle, że nie w samym obozie, a nieco później, w Krakowie. Wersję o sesji wyjazdowej potwierdza również serwis USA Today pisząc 27.09.2013: „Israeli Knesset plans session in Auschwitz”. No proszę – cały świat wiedział, a tu nagle pan Daniels mówi nam o „nieporozumieniu”... Jak na piarowca, czyli specjalistę od kontrolowanej ściemy, marnie mu poszło.

Dalej w rozmowie z Onetem Daniels przekonuje, że nigdy nie twierdził iż zabiegając o sesję Knesetu „zwrócił się do przyjaciół z polskiego rządu” (wypowiedź ta miała paść w rozmowie z TVN24), zaś „rozmowy z przedstawicielami rządu odbywały się poprzez dyrektora Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, Piotra Cywińskiego. To państwowe muzeum, kontrolowane przez Ministerstwo Kultury”. Czyli co – przychodzi pan Daniels do prof. Cywińskiego, mówi, że ma taki a taki pomysł, a pan Cywiński leci w podskokach załatwiać sprawy „na górze”? Mamy wierzyć, że tak to właśnie wyglądało? Bez osobistych kontaktów z polskim rządem i parlamentarzystami przedstawicieli fundacji From the Depths?

Ale to jeszcze nie koniec. Pytany o finansowanie wizyty ucieka się do ogólników: „- Pieniądze pochodzą z tego samego źródła, co nasza inicjatywa. Mówię o oddolnych działaniach. To nie jest tanie przedsięwzięcie. Ludzie, którzy widzą, co organizujemy, przychodzą do nas i mówią: chciałbym wam pomóc, dać coś od siebie. (...) Mógłbym zgromadzić fundusze na tę uroczystość w pięć minut. Pójść do jednego z bogatych darczyńców, który dałby mi wszystkie potrzebne pieniądze. Dla mnie jednak najważniejsze było to, aby zaangażować w ten proces jak najwięcej osób. To również jest elementem zmiany.”. No, no – wspaniały przykład oddolnego „crowdfundingu”, tyle że z informacji cytowanego już ynetnews.com wynika, że sponsorem był anonimowy milioner ocalały z holocaustu (cyt. „The event will not be funded by the Knesset, but by a Holocaust surviving Jewish millionaire who made an anonymous donation for the cause.”). To finansowanie przez bogatego darczyńcę to oczywiście nic złego, ale po co głupio kręcić?

No i wreszcie sprawa nieszczęsnego oświadczenia o „polskich obozach zagłady”. Tu już Jonny Daniels pojechał w swej bezczelności i wykręcaniu kota ogonem po bandzie. Oto co ma do powiedzenia: „Najważniejszą deklaracją będzie to, że będziemy tam razem z polskim rządem. Żadna deklaracja nie zostanie wygłoszona, bo żadnej deklaracji nie ma potrzeby wygłaszać.” No cóż – skrajny niesmak, to najłagodniejsze określenie, jakie przychodzi mi do głowy podczas lektury enuncjacji pana Danielsa.

***

Nie wiem, czy powyższe nauczy czegoś na przyszłość naszych „dialogistów”. Bardzo bym chciał, obawiam się jednak, iż raczej przejdą nad opisanymi tu okolicznościami do porządku dziennego i przy najbliższej okazji słysząc (albo wmawiając sobie, że słyszą) kolejną obietnicę złożoną przez „partnerów w dialogu” i „starszych braci w wierze” znów napalą się jak szczerbaci na suchary.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/knesset-depths#.Uu027_t9BOg

 
Średnia ocena
(głosy: 1)

komentarze

Panie Gadający Grzybie!

Przecież złodziej lubi innych złodziei, pod warunkiem, że kradną u innych ofiar, bo wtedy ma wytłumaczenie, że nie tylko on kradnie. Zatem rządowi fundacja Jonnego Danielsa bardzo się podoba. „Przecież nie tylko my strzygliśmy was.” Jak bym słyszał „najlepszego z premierów”…

Pozdrawiam

Myślenie nie boli! (Chyba, że…)


@JM

Racja :)

pozdrawiam

Gadający Grzyb


Subskrybuj zawartość