Hunter

Odcinek nadmorskiej plaży, pomiędzy .. no wiesz, tam gdzie ta unia jego mać nie zdążyła jeszcze posprzątać zakazem połowu dorszy i śledzi, w nie naszym już morzu ?! Spółdzielnia, trącał to pies. Przekleństwa same na usta się cisną. Nawet w ilości znacznej. Idziesz sobie, nie już tak spokojnie jak ongiś było, i myślisz po co Kolumb odkrywał to wszystko. Po jaką cholerę kusiło go do Chin. A taki choćby Magellan? i.. Vasco da Gama, inni? Idziesz i rozmyślasz o wszystkim i niczym specjalnie.
O! taki na przykład Wiliam Szekspir dziś się urodził i dziś umarł, przeżywszy lat 52 lata. Między pytaniem To be, or not to be ? – stał się panem swego czasu.

Tym brzegiem nadmorskiej plaży, długim i zupełnie bezludnym, w kierunku na wschód, podążasz niespieszno. Nogi miażdżą miałki morski piach pod twoimi butami. Wiesz, gdzie morze ma zwyczaj wyrzucać skorupiaki, a gdzie bursztyn możesz znaleźć po gwałtownej burzy. Nad ranem się taka przetoczyła. Teraz ledwo co świta. Wiesz, że za godzinę przepłynie rosyjski patrol. Żołnierze z kurta dokładnie podglądną brzeg. W dzień gołym okiem wystarczy, tylko czasem podniosą lornetkę do oczu: nocą noktowizorem przeczeszą teren.

W tych warunkach, przez godzinę, niewiele zdołasz ujść. Może do tamtego urwiska?
Lubisz tę oazę wiecznego rwetesu ptactwa. Kawałek dalej już granica. Na myśli przychodzi „Piknik pod wiszącą skałą”

Pod błękitem nieboskłonu rysuje się wyrazisty ślad rozrzedzonego powietrza. Potężne silniki pasażerskiego samolotu rozpruły czyściutki błękit. Gdzieś z tyłu, z daleka, dochodzi ledwo słyszalny pomruk.

Spoglądasz za siebie. Pusto. Tylko krzyczące alki, rybitwy i mewy. I ślady twoich stóp na mokrym piasku. Przed tobą, ledwo widoczny punkt. Przybliża się szybko i w oczach rośnie. Ty wiesz, że to patrol graniczny na kładzie się zbliża. Patrzysz na wodę, kutra nie widać.
Mundurowi podchodzą spięci jak zawsze

- Nazwisko, pada pytanie. Podajesz paszport. Jeden z nich czyta wyraźnie na głos, Stefan Hunter? – Tak, odpowiadasz.
– A co pan łowisz? – Ozon w płuca. Lekarz poradził... – Czy wie pan, że tu nie ma już szlaku, zapytał ten drugi. Trzeci gotową trzyma broń do strzału. – Nie wiem, a skąd mam wiedzieć. A co, przesunęli granicę? – Nie bądź pan taki dowciapny, pada odpowiedź.

Na ich twarzach maluje się niepokój. W tobie święty. Dokładnie wiesz, że szlak jest nadal, istnieje. Już nie turystyczny, lecz narkotykowy.

Kuter przepływa tuż obok.

- Zdrastwujtie tawariszcze – krzyczy dowódca, przyjaźnie macha ręką. Tamci odpowiadają tym samym gestem.

Średnia ocena
(głosy: 0)

komentarze

Panie Marku!

Bardzo ładne.

Pozdrawiam


Witam Panie Jerzy

Milo mi Pana u siebie, ze tak powiem, gościć

Pozdrawiam


Subskrybuj zawartość